- Nie wiesz nawet, jak nieodpowiedzialnie postąpiłeś!
- Mamo, oczywiście że wiem! Nie będzie mnie dwa tygodnie, co się równa czternastu dniom. Napisałem czternaście listów, oznaczonych numerami dnia miesiąca, z których każdy codziennie będziesz jej dawała. Mamo... - dodał Harry widząc niepewny wzrok matki. - Ja.. ja ją chyba kocham.
- W tej chwili jest dla mnie ważniejsze jej dobro, nawet od twojego. Nie możesz jej skrzywdzić, wiesz co by się wtedy stało?
- Wiem mamo. A tak właściwie, to gdzie ona teraz jest?
- Na świetlicy. Oglądają film.
- Idę się z nią pożegnać.
I poszedł. Przemierzał zimne szpitalne korytarze, kiedy wreszcie dotarł do drzwi świetlicy. W środku było ciemno, wszystkie okna przysłonięte czarną tkaniną. Panujący mrok rozświetlał nieco duży ekran stojący w rogu pokoju. Harry w mgnieniu oka rozpoznał reportaż. Reportaż o nim, o nim samym, który nagrała matka i oglądającą go samą Melanie. Usiadł tuż obok niej, a ta nawet nie zauważyła jego obecności.
- Cześć. - Dopiero wtedy odwróciła się do chłopaka, i przytuliła. - Interesuje cię to?
- Jak nic innego.
- Oh... A może przejdziemy się na spacer?
- Mówisz poważnie? Jasne! Już tak dawno tam nie byłam! - krzyknęła podekscytowana, wskazując na huśtawkę za zasłoniętym oknem. Opuścili świetlicę, i kierując się w stronę pokoju obaj podśpiewywali tę samą melodię, której żadne z nich nie znało. Harreh jak poprzednio odział dziewczynę, po czym wyszli z budynku. Usiadła na huśtawce. Chwilę milczeli, jednak chłopak kucnął przed nią.
- Mam dla ciebie nieco złą wiadomość. - Apple skamieniała. - Wiesz, czym różni się fizyczny kontakt, od mentalnego?
- Nie.
- Fizyczny jest wtedy, kiedy możesz mnie dotknąć, przytulić, pocałować. Mentalny wtedy, kiedy o mnie myślisz, a ja o Tobie, i obaj trzymamy siebie nawzajem tutaj - w sercach.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Muszę wyjechać.
- Na długo??
- Nie. Czternaście dni.
- To dużo. Nawet czternaście dni to wieczność, kiedy żyje się bez osoby, którą się kocha, Harry.
<song>
- Kochasz mnie?
- Tak, i zawsze będę.
- Ja ciebie też kocham, Melanie. I żeby nas nie rozdzielili, musisz być naprawdę silna przez ten czas. Obiecałem ci, że będę z tobą zawsze, więc będę, obiecuję. Codziennie będziesz dostawała niespodziankę, ode mnie. Trzymaj mnie w sercu, trzymaj mnie w myślach, trzymaj mnie w snach. Pod poduszką znajdziesz kluczyk, na drugim piętrze kantorek, w kantorku szafę, a w szafie coś, co jest od teraz twoje. Obiecaj mi, że się nie poddasz.
- Nie mogę ci tego obiecać.
-Jak to?
- Wiesz, tego rodzice zdążyli mnie nauczyć. Nigdy nie kłamać, nie obiecywać nigdy czegoś, czego może się nie spełnić...
- Więc obiecaj, i spełnij.
-Obiecuję.
Nastolatkowie ruszyli wyściełaną kolorowymi liśćmi alejką. Nie obyło się znów bez łez. Ale i uśmiechów, śmiechu i radości. Spacerowali długi czas, w końcu zakochani czasu nie liczą. Tak, zakochani. Melanie wciąż nurtowała niespodzianka chłopaka, jednak cierpliwość i chęć jak najdłuższego bycia przy nim, z nim, była silniejsza od ciekawości. Wniosek? To po prostu miłość. Wracając, ułożył ją w łóżku, przykrył kołdrą, ucałował.
- Do zobaczenia. - dał buziaka w zamknięte jej powieki, odwrócił się w kierunku drzwi. Apple tak naprawdę wcale nie spała. Wszystko słyszała, i widziała przez zamknięte powieki. Stojąc w progu, między framugami drzwi, wyszeptał jeszcze:
When I look into your eyes
It's like watching the night sky
Or a beautiful sunrise
But there's so much they hold
And just like them old stars
I see that you've come so far
To be right where you are
How old is your soul?
I won't give up on us
Even if the skies get rough
I'm giving you all my love
I'm still looking up
It's like watching the night sky
Or a beautiful sunrise
But there's so much they hold
And just like them old stars
I see that you've come so far
To be right where you are
How old is your soul?
I won't give up on us
Even if the skies get rough
I'm giving you all my love
I'm still looking up
Usunął z policzka niepotrzebną łzę, i wyszedł zamykając drzwi. Przy końcu korytarza natknął się na matkę prowadzącą grupę podopiecznych. Ta, widząc jego łzy, ujęła jego twarz w dłonie, mówiąc:
- Harry, ty naprawdę ją kochasz... Zajmę się nią, przecież wiesz.
- Dziękuję mamo. - dał jej buziaka w policzek, i opuścił szpital. Kilka godzin później, siedział w zaludnionym samolocie, pełnym szalonych ludzi, staruszków, a nawet niemowlaków. Wszystko było mu obojętne: krzyki, płacze, szlochy, śmiechy. Nie obchodziło go to. Myślał tylko i wyłącznie o niej; co teraz robi, co się z nią dzieje, czy... nie poddała się? Wierzył w nią, i wiedział, że zawsze będzie.