Music

piątek, 2 listopada 2012

Dziesiąty

Harry powinien wrócić wczoraj. Tak - wczoraj. Cały dzień siedziałam na kanapie przy wejściu, Anne przynosiła mi kanapki, bo nie chciałam zejść do stołówki. Aż zasnęłam. Obudziłam się w łóżku. Rozmawiałam z Anne...
- Nie możesz tak się przemęczać. Dobrze, że Len tu był, bynajmniej przyniósł cię tutaj. - powiedziała, wskazując łóżko i gładząc Melanie po głowie.
- Gdzie on jest? -odpowiedziała z toną łez w oczach. - Obiecał, obiecał na wszystko! Nick miał rację, chcę z nim porozmawiać!
- Jaki Nick, o kim mówisz, kochanie?
- Ten chłopak.. Był tu kilka dni temu, chcę z nim porozmawiać.
-Hm.. Jak on wyglądał?
- Był nowy, miał koło trzynastu lat, i płakał...
- To był sen skarbie. Jesteś przemęczona, prześpij się.
- Jeśli to był sen, chcę zasnąć na zawsze, i we śnie nie spotkać Harrego.
- Nie mów tak.
- Nienawidzę go. Oszukał mnie, podle okłamał, i zostawił! Wiem, że jest twoim synem, i ranią cię moje słowa... Przepraszam.. Nie powinnam tak mówić. - Kobieta pocałowała Apple w czoło, i wyszła. Wiedziała, że pojawiają się pierwsze objawy schizofrenii, i jest nagła potrzeba zaczęcia nowej kuracji. Tego, najbardziej się obawiała. Przecież była pewna, że Harry zrani tą dziewczynę. A mimo to, pozwalała na wszystko. Obwiniała się za to, że dawała nadzieję...
*
Zostawiłeś? Okłamałeś? Wystawiłeś? Złamałeś serce? Tak, rzeczywiście, naprawdę mnie kochasz. Co za bzdura. Podła plotka. To już szesnasty dzień. Nie ma już listów. Wyrzuciłam wszystkie przez otwarte okno w świetlicy. Wiatr zabrał je daleko. Nie mam już nic. Nie ma ciebie, nie ma nas. Nie mam życia.
Dwa dni - ten czas musiałam jakoś wyjątkowo zaznaczyć w losie. Oderwałam wczoraj metalowy guzik od kurtki - z ostrymi krańcami wewnątrz. Dwa dni - dwie kolejne blizny. Logiczne.
I to wszystko przez niego: obiecywał; będę zawsze, będę wszędzie, będę w dobrze, źle i błędzie... Zapamiętaj: nigdy więcej NIKOMU NIE UFAJ.  - Zapisała w dzienniku.
Zastanawiała się, co będzie dalej. Przecież przyjechała tu po to, by się zmienić: nauczyć bycia szczęśliwą. Nie wyszło. Cholernie nie wyszło. 
Następne dni spędziła w samotności. Nie wychodząc z pokoju, nic nie jedząc, nie odzywając się nawet jednym słowem. Przerosło? Zdecydowanie TAK. Gdyby tak policzyć wszystkie łzy tej dziewczyny, wyszłaby niezła liczba, i basen pływacki. 
Jestem sobą. Jestem sobą. Jestem sobą. Byłam sobą. Byłam sobą. Byłam sobą. Będę sobą. Będę sobą. Będę sobą. Nie zmienię się. Będę marzyć. Będę śnić. Będę płakać. Będę się śmiać. Będę żyć. Będę oddychać. Będę jeść. Będę biegać. Będę spać. Uśmiechnięta. Zapracowana. Wyjątkowa. Ciekawa. Piękna. Utalentowana. Sympatyczna. Uparta. Kochana. Kochająca. Przyjacielska. Może nawet szczęśliwa... Ale blizny z przeszłości zostaną na ZAWSZE.

środa, 10 października 2012

Dziewiąty

Wciąż nie mogę zapomnieć o Nicku. Wciąż mam w głowie słowa Anne: "(...) nikogo nowego nie przyjęliśmy (...)". Czyli... Kim on był? To nie był mój wymysł. Może i jestem chora, ale nie niezrównoważona. Dotykałam go. Czułam jego łzy na swoich dłoniach. To po prostu nie jest możliwe.
To już siódmy dzień bez niego. Harrego, oczywiście. Czas bardzo szybko leci, jak nigdy. Przeczytałam już wiele listów. W każdym pisze, że mnie kocha, tęskni, i że to już niedługo. Pisze to zawsze na końcu tak, że czasem nawet nie chce mi się czytać tego samego. Ale czytam, jak obiecałam. Jest już wieczór, a ja nie dostałam żadnego znaku od Anne...
Był tu wolontariusz, muszę iść na zebranie w świetlicy.
*
- Felicity? To dla ciebie. - rzekł wolontariusz podając dziewczynce paczkę.
- Dla mnie?
- Tak. Był tu listonosz, który przywiózł wam prezenty, zapewne od rodziców. - uśmiechnął się.
Melanie tylko westchnęła, czekając na wypowiedzenie jej imienia. Paczek na stoliku coraz mniej, i mniej... aż wreszcie nie było ich w ogóle.
- Melanie, sądzę, że twój prezent czeka na ciebie w pokoju. - dziewczyna w pośpiechu opuściła świetlicę, kierując się wąskim korytarzem na wprost. Dotarła do pomieszczenia, i to co ujrzała przekroczyło jej wszelkie wyobrażenia. Na łóżku leżał wielki bukiet żółtych słoneczników, jak również list.
Wiesz, co symbolizują? - Ślepą miłość. Ślepo podąża  do słońca, tak jak ja próbuję dostać się do Twojego serca. Kocham Cię.
Harry
P.S. To dopiero początek niespodzianek. Zajrzyj pod poduszkę.
Z wielkim i szczerym uśmiechem na ustach, wypełniła polecenie ukochanego. Znalazła wyszkicowany nieco niedokładnie plan górnego korytarza i pomieszczeń szpitala. Szczególną uwagę Apple przykuł dużych rozmiarów czerwony krzyż w jednym z nich. Na odwrocie natomiast ciąg liczb i liter, co wydawać by się mogło hasłem do... czegoś. Zostawiając słoneczniki w rogu pokoju, wyruszyła na poszukiwanie owego skarbu. Najpierw po schodach, w górę, wyżej, jeszcze schodek. Potem ciemnym korytarzem wzdłuż niebieskiej wstążki wijącej się po białych ścianach, dotarła do jego końca; na drzwiach widniała kartka. Momentalnie rozpoznała pismo Harrego.
Nie bój się, idź dalej.
I wielkie serce pod spodem. Uchyliła drzwi. Zaniemówiła. Całe pomieszczenie wyściełane kolowymi poduszkami, serpentynami, lampkami świątecznymi, płatkami czerwonych róż... Po środku dwa fotele, na jednym z nich coś, czego Melanie dość długo nie widziała, z czym nie miała do czynienia przez  minione tygodnie. Laptop. Liścik głosił: "(...) Po prostu otwórz(...)". Swymi delikatnymi dłońmi musnęła urządzenie, po czym zdecydowała się na konkretne posunięcie. Zobaczyła jego. Dzisiejsza technologia pozwala na wiele więcej, niż jeszcze całkiem niedawno. 
- Melanie? - szepnął, widząc jej lekko uchylone wargi, i zdziwiony wzrok. - Melanie?
- Tak... Tak bym chciała cię teraz przytulić. - załkała.
- Tylko nie płacz. Przecież nie po to to wszystko zorganizowaliśmy.
- Łzy nie są oznaką słabości Harry. To po prostu znak, że ci na kimś naprawdę zależy.

______________________________
Idę spać, dobranoc xxx

niedziela, 7 października 2012

Ósmy

Dzień pierwszy bez niego. Za kilka godzin dostanę list od Niego. Szczerze mówiąc, nie postarał się. Cecilia Ahern jest na tyle znana, że ją znam. O, masło maślane. Dziwnie tu bez Niego. Strasznie za nim tęsknię. Anne nie ma dla mnie już tyle czasu, co wcześniej. Twierdzi, że "ma do mnie zaufanie", tak więc siedzę sama w pokoju całymi dniami, przytłaczając się przytłaczającą muzyką. O, znowu masło maślane. Powoli odpływam z marzeniami.
P.S. Panie Boże, mam do ciebie prośbę. Chcę się zmienić. Ale Panie Boże, nie przesadzaj. Tak jak wiesz, codziennie płakałam. Dziś ma być inaczej - chcę przetrwać ten dzień z uśmiechem na twarzy.
- Nie przeszkadzam? - Melanie zauważyła część twarzy szesnastoletniego chłopaka wysuwającej się zza uchylonych drzwi. 
- Jestem zajęta, nie widzisz? Lepiej będzie, jak wyjdziesz... Dobra, wejdź. - dopowiedziała widząc jego smutną minę. Schowała pamiętnik pod łóżko, i wskazała wolne miejsce koło siebie, na biało-brązowej pościeli.
- Jestem Nick. I jestem tu nowy.
- Melanie. - Odparła. Od chłopaka biło niesamowite ciepło mentalne. - Czemu tu jesteś? - Tak wiem. Rozmowa niczym na poziomie pięcio, może sześciolatków. Chociaż sam Nick prawie że do takich należał, miał może dwanaście lub trzynaście lat.  Ale tak właśnie zachowują się osoby psychicznie chore, ale nie niezrównoważone. Oprócz tego, że żyją w swoim osobistym świecie i rzadko kiedy wpuszczają w niego kogokolwiek, myślą jeszcze że każdy inny żyje w tym samym świecie, lecz w innej bajce. Wiem, skomplikowana sprawa. Ale postaraj się to zrozumieć. Te zdanie skrywają większą część całej historii; padło pytanie, po czym chłopak rozpłakał się tak, jakby ten świat nagle runął.
- Po prostu potrzebuję miłości. - szepnął przez łzy. Apple nie wadząc nikomu, przytuliła Nicka. Nie, nie kochała go. NIC do niego nie czuła. Ale czuła, że jest mu potrzebna. Zupełnie tak, jak ona potrzebowała Harrego.
- Przykro mi, nie mogę ci jej dać. Mam kogoś, kto daje mi to samo, czego ty w tej chwili potrzebujesz. Ale jestem pewna, że ktoś tu ci tą miłość podaruje. Są tutaj TYLKO życzliwi i mądrzy ludzie, którzy lubią i chcą pomagać.
- Opowiedz mi o tym kimś, kto cię kocha. - Kocha kocha kocha... W głowie Melanie pełzały tylko i wyłącznie te słowa, nie mogła nic z siebie wyksztusić. - Hm?
- Słucham?
- Opowiedz mi o nim.
- O Harrym?
- Tak, o nim.
- Więc...
- Gdzie teraz jest?
- Ym, wyjechał.
- Dokąd?
- Nie wiem.
- Nie powiedział ci?!
- N..
- To znaczy, że tak naprawdę nie kocha. - wtrącił się.
- Nie masz prawa tak mówić. Kim ty w ogóle jesteś, żeby zachowywać się w taki sposób?! Wyjdź, mam cię dość!
Melanie wypchnęła chłopaka za drzwi, po czym wturlała się z powrotem na łóżko i zaczęła szkochać.
- Nie kocha? Nie kocha? Nie kocha? - Powtarzała. Postanowiła pozbierać się, i pójść porozmawiać z Anne. - Mogę? - szepnęła, wsuwając nos za drzwi jej gabinetu.
- Jasne skarbie, wchodź.
- Przyszłam w innej sprawie, ale... możesz dać mi list?
- Coś się stało? - Anne zauważyła ślady łez na jej policzkach, oraz usłyszała drżący głos.
- Tak... Możesz mi powiedzieć coś o Nicku?
- Jakim Nicku, słonko?
- Tym nowym.
- To zabawne, od czasu twojego przyjęcia, nie pojawił się nikt nowy. - Magia? Bóg? 
- W porządku, to chyba tylko sen... Więc, mogę prosić o list?
Dziewczyna uradowana śladem Harrego w swojej dłoni opuściła salę, i wróciła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku, i zaczęła czytać:
Melanie,
To pierwszy dzień beze mnie. Jak sobie radzisz? Mam nadzieję, że nie zapomniałaś o kluczyku, który ci dałem. :) A jeżeli tak, zrób szybko to, co kazałem. Pamiętaj: to, co zobaczysz w szafie, jest TWOJE. Bez względu na wszystko. 
Do jutra, 
Twój Harry
- No tak! Kluczyk! - Apple jednym ruchem wygramoliła go spod poduszki, i pokonując wysokie schody dotarła do kantoru. Otworzyła szafę w dość prosty sposób, gdyż była otwarta. Znajdował się w niej instrument. Instrumentem tym była gitara, obok biała, malutka karteczka: To klucz do szafy, która nazywa się sercem. Melanie przycisnęła drewniane pudło rezonansowe do piersi, odpływając w toni zapachu ukochanego.

___________________
Dokończyłam! Rozdział z dedykacją dla @neskowelove - Dziękuję xxx



sobota, 29 września 2012

Siódmy

- Nie wiesz nawet, jak nieodpowiedzialnie postąpiłeś!
- Mamo, oczywiście że wiem! Nie będzie mnie dwa tygodnie, co się równa czternastu dniom. Napisałem czternaście listów, oznaczonych numerami dnia miesiąca, z których każdy codziennie będziesz jej dawała. Mamo... - dodał Harry widząc niepewny wzrok matki. - Ja.. ja ją chyba kocham.
- W tej chwili jest dla mnie ważniejsze jej dobro, nawet od twojego. Nie możesz jej skrzywdzić, wiesz co by się wtedy stało?
- Wiem mamo. A  tak właściwie, to gdzie ona teraz jest?
- Na świetlicy. Oglądają film.
- Idę się z nią pożegnać. 
I poszedł. Przemierzał zimne szpitalne korytarze, kiedy wreszcie dotarł do drzwi świetlicy. W środku było ciemno, wszystkie okna przysłonięte czarną tkaniną. Panujący mrok rozświetlał nieco duży ekran stojący w rogu pokoju. Harry w mgnieniu oka rozpoznał reportaż. Reportaż o nim, o nim samym, który nagrała matka i oglądającą go samą Melanie. Usiadł tuż obok niej, a ta nawet nie zauważyła jego obecności.
- Cześć. - Dopiero wtedy odwróciła się do chłopaka, i przytuliła. - Interesuje cię to?
- Jak nic innego.
- Oh... A może przejdziemy się na spacer?
- Mówisz poważnie? Jasne! Już tak dawno tam nie byłam! - krzyknęła podekscytowana, wskazując na huśtawkę za zasłoniętym oknem. Opuścili świetlicę, i kierując się w stronę pokoju obaj podśpiewywali tę samą melodię, której żadne z nich nie znało. Harreh jak poprzednio odział dziewczynę, po czym wyszli z budynku. Usiadła na huśtawce. Chwilę milczeli, jednak chłopak kucnął przed nią.
- Mam dla ciebie nieco złą wiadomość. - Apple skamieniała. - Wiesz, czym różni się fizyczny kontakt, od mentalnego?
- Nie.
- Fizyczny jest wtedy, kiedy możesz mnie dotknąć, przytulić, pocałować. Mentalny wtedy, kiedy o mnie myślisz, a ja o Tobie, i obaj trzymamy siebie nawzajem tutaj - w sercach.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Muszę wyjechać.
- Na długo??
- Nie. Czternaście dni.
- To dużo. Nawet czternaście dni to wieczność, kiedy żyje się bez osoby, którą się kocha, Harry.
<song>
- Kochasz mnie?
- Tak, i zawsze będę.
- Ja ciebie też kocham, Melanie. I żeby nas nie rozdzielili, musisz być naprawdę silna przez ten czas. Obiecałem ci, że będę z tobą zawsze, więc będę, obiecuję. Codziennie będziesz dostawała niespodziankę, ode mnie. Trzymaj mnie w sercu, trzymaj mnie w myślach, trzymaj mnie w snach. Pod poduszką znajdziesz kluczyk, na drugim piętrze kantorek, w kantorku szafę, a w szafie coś, co jest od teraz twoje. Obiecaj mi, że się nie poddasz.
- Nie mogę ci tego obiecać.
-Jak to?
- Wiesz, tego rodzice zdążyli mnie nauczyć. Nigdy nie kłamać, nie obiecywać nigdy czegoś, czego może się nie spełnić... 
- Więc obiecaj, i spełnij.
-Obiecuję.
Nastolatkowie ruszyli wyściełaną kolorowymi liśćmi alejką. Nie obyło się znów bez łez. Ale i uśmiechów, śmiechu i radości. Spacerowali długi czas, w końcu zakochani czasu nie liczą. Tak, zakochani. Melanie wciąż nurtowała niespodzianka chłopaka, jednak cierpliwość i chęć jak najdłuższego bycia przy nim, z nim, była silniejsza od ciekawości. Wniosek? To po prostu miłość. Wracając, ułożył ją w łóżku, przykrył kołdrą, ucałował. 
- Do zobaczenia. - dał buziaka w zamknięte jej powieki, odwrócił się w kierunku drzwi. Apple tak naprawdę wcale nie spała. Wszystko słyszała, i widziała przez zamknięte powieki. Stojąc w progu, między framugami drzwi, wyszeptał jeszcze:

When I look into your eyes
It's like watching the night sky
Or a beautiful sunrise
But there's so much they hold
And just like them old stars
I see that you've come so far
To be right where you are
How old is your soul?

I won't give up on us
Even if the skies get rough
I'm giving you all my love
I'm still looking up

Usunął z policzka niepotrzebną łzę, i wyszedł zamykając drzwi. Przy końcu korytarza natknął się na matkę prowadzącą grupę podopiecznych. Ta, widząc jego łzy, ujęła jego twarz w dłonie, mówiąc:
- Harry, ty naprawdę ją kochasz... Zajmę się nią, przecież wiesz.
- Dziękuję mamo. - dał jej buziaka w policzek, i opuścił szpital. Kilka godzin później, siedział w zaludnionym samolocie, pełnym szalonych ludzi, staruszków, a nawet niemowlaków. Wszystko było mu obojętne: krzyki, płacze, szlochy, śmiechy.  Nie obchodziło go to. Myślał tylko i wyłącznie o niej; co teraz robi, co się z nią dzieje, czy... nie poddała się? Wierzył w nią, i wiedział, że zawsze będzie.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Szósty

Dni mijały dziewczynie niewiarygodnie szybko. Była praktycznie odcięta od świata: zero telefonów, komputera, nawet odtwarzaczy MP3, ipodów... Jedynie co, Anne pozwoliła jej spisać na kartce tytuły ulubionych utworów, po czym wgrała je na płytę, a z malutkiego głośniczka znajdującego się pod sufitem pokoju Melanie wydobywają się na przemian nuty Birdy.
Jedyne na co mi tu pozwalają, to jedzenie, spanie i pisanie tego pamiętnika... Nie zmuszają mnie do rozmawiania z kimkolwiek, może dlatego, że jestem tu dopiero piąty dzień. Tęsknię. Za Erin. I Chrisem. Za swoim życiem. To wszystko jest takie... dziwne! Musiałam obciąć paznokcie na krótko,oddać okulary, nosić buty bez sznurówek, drzwi są bez klamek, i te kraty w oknach... Przynajmniej mam Anne... Dzięki niej udaje mi się nie zwariować.
Apple zatrzasnęła pamiętnik, i wsunęła po duże, dwuosobowe łóżko, gdzie jak sądziła - będzie bezpieczny. Siedziała na parapecie, i wpatrywała się w rówieśników, którym opiekunowie pozwalali na samodzielne spacery. Zazdrościła im. Czekały ją jeszcze dwa miesiące w zamkniętym budynku. Tak więc, siedziała na parapecie, i nucąc Young Blood, wpatrywała się zza krat w przechodniów. 
- Cześć... Ty jesteś Melanie?
- Mhm... Powiedzmy. A ty kto? - powiedziała cicho, nie odrywając wzroku od ruchomych obiektów na zewnątrz i nie przerywając śpiewu.
- Harry... Masz ładny głos. 
- Can't help myself but count the flaws...
-Emm.. Chciałabyś tam pójść?
Jak oparzona odwróciła głowę. Chłopak proponował jej wyjście... na zewnątrz.
- Mówisz poważnie? Anne się nie zgodzi... - dopowiedziała cicho.
- Znam swoją matkę... - uśmiechnął się szeroko, pokazując szereg śnieżnobiałych ząbków. - Chodź.
Tak więc Harry i Melanie odbyli rozmowę z opiekunką. Widać było, że kobieta nie była zbytnio zadowolona z pomysłu syna.  
- Dobrze... Zgadzam się. I mam nadzieję, że nie będę żałować swojej decyzji. Opiekuj się nią dobrze, Haroldzie.
- Wiesz, że nienawidzę, kiedy tak do mnie mówisz...
W tym momencie po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy Apple zawitał uśmiech, a może nawet zadźwięczał cichy śmieszek? Przypomniała sobie własne przekomarzanki z mamą. Oboje ruszyli drogą powrotną do pokoju dziewczyny. Zarzuciła na siebie białą, bardzo ciepłą bluzę i skierowała się do drzwi.
- Zaczekaj, mam coś dla ciebie. - zatrzymał ją, łapiąc za nadgarstek.
Spod kurtki wyjął białą czapkę z wzorkiem pyska pandy. Wsunął ją na głowę Melanie, po czym dłonie okrył białymi rękawiczkami bez palców. - Wiesz.. Idzie zima, nie chcę, żebyś się przeziębiła.
Wyszli. Minęli szpitalne drzwi, w których to musiała pożegnać swoich przyjaciół. Spacerowali po pobliskim lesie w milczeniu. Chłopakowi cięzko było zacząć rozmowę. Po raz pierwszy czuł się przy dziewczynie tak... niezręcznie? To chyba dobre słowo.
- Powinniśmy już wracać.
- Nie chcę... Nie chcę tam wracać! 
I rzucając słowa na wiatr, pobiegła przed siebie. Harry ruszył za nią. Cóż, była szybka, ale nie tak szybka, żeby uciec tak zwinnemu chłopakowi, jakim był Harry. Po chwili dogonił ją, objął od tyłu w pasie i przytulił. Widział, że z jej oczu leją się rzewne łzy.
- Nie chcę... Nie chcę, nie chcę! - krzyczała, próbując wyrwać się z uścisku. Po chwili ustąpiła, i wybuchnęła atakiem płaczu. Chłopak odwrócił ją w ten sposób, że teraz patrzył jej prosto w zielone oczy.
- Będę z tobą. Nie zostawię cię samej, zobaczysz.
________________________
Takk, to nasz Harreh :D Proszę o komentarze, i dziękuję wszystkim czytelnikom!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Piąty

- Niech nie robi pani z mojej przyjaciółki jakiejś niepoczytalnej idiotki ! - wrzasnęła Erin.
- Spokojnie.. Porozmawiajmy na spokojnie.
Przepraszam... - załkała - Czyli... nie ma innego rozwiązania, jak szpital psychiatryczny?
- Obawiam się, że tak. - westchnęła Anne. - Ale nie martw się, kochanie. Nie stanie jej się tam żadna krzywda. Będziecie mogli ją odwiedzać.- powiedziała, i przytuliła płaczącą Berry.
- To moja wina...
- To nie jest niczyja wina. Tak po prostu jest na tym świecie. 
Po odbyciu rozmowy z psychologiem, udała się do domu. Informując Chrisa wiadomością o jej załamaniu, rzuciła się z płaczem na łóżko. Obwiniała siebie za to wszystko. Upewniając się, że Melanie jest bezpieczna pod okiem Chrisa, urządziła scenę, niby z filmu. Najpierw uderzała pięściami w stos poduszek leżących na kanapie. Potem chwyciła nożyczki, i z ich pomocą rozerwała je na kawałki, po czym wyrzuciła za okno. Zalała się łzami po raz kolejny. Po chwili wbiegła z krzykiem do łazienki, i opierając się dłońmi o biały, ceramiczny zlew - patrzyła w swoje lustrzane odbicie. Spływające po policzkach czarne krople, pozostałości błyszczyka na ustach... Dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę z tego, jak cudowną ma przyjaciółkę. Dopiero teraz, kiedy musi ją opuścić, stracić. Za sobą ujrzała obiekt swoich wspomnień. Szybko się odwróciła. Nikogo tam nie było.
- Mel? - szepnęła.
Zrobiło jej się słabo z tego wszystkiego. Przerosły ją problemy. Nie zdejmując z siebie nic, weszła pod prysznic. Odkręciła kurek. Strumień lodowatej wody płynął po jej plecach; ubrania zaczęły powoli nasiąkać zimną cieczą. Z ust dziewczyny wydobył się głośny krzyk cierpienia. Zakończyła stare życie- rozpoczyna nowe, lepsze. Zasnęła.
*
- Witaj, psychiatryku... - westchnęła Melanie. Właśnie wysiadała z czarnej taksówki, która zawiozła ją na drugi koniec Londynu. Jej oczom ukazał się biały budynek, z tradycyjnymi kratami w oknach.
- Będzie w porządku, zobaczysz. - Wraz z Apple, Berry i Chrisem, przyjechała tu Anne - ta sama, która okazała się być również opiekunką w zakładzie psychiatrycznym. Rodzice Melanie zostali w domu. Według nich, nie znieśliby widoku córki zagłębiającej się w korytarzach takiego miejsca... Smutne, ale prawdziwe. 
- Przykro mi, dalej nie możecie wejść, skarby. - Powiedziała kobieta. Wszyscy przyjaciele ostatni raz spojrzeli na siebie, po czym trwali dość długi czas we wspólnym uścisku.
- Dziękuję. - wyszeptała Melanie w obawie, by nie wybuchnąć niekontrolowanym płaczem. Dość wysoki mężczyzna, w wieku około czterdziestu lat, odebrał od Chrisa dwie walizki, po czym ruszył dalej białym korytarzem. Pożegnanie dobiegało końca.
- Żebyś już zawsze o nas pamiętała. - Berry chwyciła dłoń przyjaciółki, do której włożyła naszyjnik z wisiorkiem w kształcie serca. Apple instynktownie spróbowała go otworzyć. W środku znajdowało się stare zdjęcie z ich dzieciństwa. Dziewczyna zacisnęła dłoń, i jeszcze raz spojrzała na oboje przyjaciół zaszklonymi oczami. Zagryzła wargę, odwróciła się, i z pomocą Anne dalej szła białym korytarzem. Kobieta złapała ją za dłoń, a widząc coraz bardziej zaszklone oczy Melanie, objęła ją ramieniem, przybliżyła do siebie, i pocałowała w głowę.
- Będzie w porządku.

sobota, 25 sierpnia 2012

NIC

Dziś, ani prawdopodobnie jutro, nic nie dodam... est rocznica śmierci mojego dziadka, Chcę spędzić trochę czasu z rodziną, sama etc. Mam nadzieję, że mi wybaczycie :)
- Gusia

wtorek, 21 sierpnia 2012

Czwarty

Po odbyciu przez Apple kolejnej poważnej rozmowy, tym razem z matką, Erin postanowiła wziąć sprawy przyjaciółki w swoje ręce. Pierwszy raz w życiu poczuła się naprawdę potrzebna. Wiedziała, że na niej spoczywa obowiązek uratowania życia Melanie. Została z tym sama. Odrzuciła nawet pomoc własnego chłopaka, najwierniejszego przyjaciela. Teraz to było jej obojętne. Non stop podnosiła i kładła z powrotem słuchawkę przenośnego telefonu stacjonarnego, będącego na skraju wyczerpania. Szukała kogoś, kto naprawdę pomoże. Kogoś wyjątkowego, innego. Nie chodziło jej o doświadczenie. Czuła, że Apple potrzebuje czegoś, co nazywamy uczuciem. Miłością, jak kto woli. 
-Halo? - Wychrypiała zmęczonym już głosem.
- Witamy w poradni psychologiczno-psychiatrycznej dla młodzieży. W czym mogę pomóc?
- Mam, mamy problem. To znaczy.. moja przyjaciółka. To znaczy.. ona.. - Spokojnie, dawaj! Zganiła się w myślach.- Ehh.. Samookaleczanie. Chciałabym jej pomóc.
- Wszystko załatwimy na miejscu. Czekamy na was.
Uradowana Berry ponownie odłożyła słuchawkę, po czym wybiegła z domu z prędkością huraganu. Biegła pustymi ulicami miasteczka tak, że już po chwili znalazła się na podwórzu przyjaciółki.
- Dzień dobry. Zastałam Ap.. Melanie? Mam dobre wieści. 
- Jasne, jest na górze.
Czym prędzej pokonała kilka schodków, znajdując się w pokoju przyjaciółki. Po cichym przywitaniu, Erin opowiedziała przyjaciółce o całym dzisiejszym poranku.
*
- Boję się. - szepnęła Melanie, zatrzymując się przed niewielkim siwym budynkiem, otoczonym rusztowaniami. Poczuła jedynie szarpnięcie z przodu, pchnięcie w tyłu, i znów znalazła się w ruchu. - Tak.. Co ja bym bez was zrobiła... - I z wymuszonym uśmiechem wkroczyła na teren budynku. Poruszała się niepewnie. Z niepokojem stawiała każdy krok. Po prawej stronie ujrzała czarnowłosą kobietę w średnim wieku.
- Czy ty jesteś Melanie?
-Apple. Proszę mówić mi Apple. 
- Wejdź. 
Dziewczyna po raz ostatni popatrzyła na swoich przyjaciół. Na twarzy Berry malował się smutek związany z całą sytuacją, pomieszany z radością, spowodowaną tym, że znalazła rozwiązanie. Natomiast twarz Chrisa? Wyglądała niesamowicie, tak.. inaczej. Niesamowicie inaczej, wyjątkowo. O tak, to jest dobre określenie. Jego oczy miały oceanicznie głęboki wyraz.
- Usiądź. - Kobieta zatrzasnęła dużych rozmiarów drzwi, po czym wskazała na obite czerwonym materiałem krzesło. Dziewczyna skorzystała, siadając na przeciwko Anne, jak twierdziła tabliczka na jej klatce piersiowej. Siedziały na przeciwko siebie, milczały, patrzyły w oczy. Po kilku minutach takiegoż odpustu, czarnowłosa spuściła wzrok.
- Proszę powiedz, o czym teraz myślisz.
- Mam ochotę powiedzieć ci "idź się piepszyć". Tak jak większości wielkim psychologom i znawcom mojego życia. Ale nie zrobię tego, nie teraz. 
- Co jest twoim marzeniem? - Apple długo zwlekała z odpowiedzią. Już, już chciała powiedzieć prawdę. Miłość. Tak, to miłość. Coś ją zatrzymało. Zaraz zacznie się temat dotyczący jej uczuć, chłopaków... Nie chciała tego. Cierpiała. Zacisnęła pięści, gryząc się w język.
- Ja nie mam marzeń.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Trzeci

Dziewczyna wracała do domu w prawdziwie "pogrzebowym" nastroju. Kroczyła ulicami miasta w milczeniu, z masą zastygłych łez na policzkach. Myślała teraz o czekającej ją rozmowie. W porządku: wejdzie do domu Erin, jak zwykle, bez pukania. Drzwi i tak zawsze są otwarte. Co dalej? Dziadku, miałeś mi pomóc... - myślała. Po tym jakże długim namyśle zorientowała się, iż znalazła na progu posiadłości przyjaciółki. Weszła, przekroczyła pamiętny próg, z którym związane było tyle wspomnień. Z górnego piętra nieruchomości dobiegały głuche dźwięki piosenki Ed'a Sheeran'a , którego obie z Erin tak bardzo uwielbiały. Apple, pogrążona we wspomnieniach, zaczęła wspinać się po stromych stopniach schodów. Była coraz bliżej, a w głowie próbowała zebrać wszystkie myśli. Z impetem pchnęła białe, lekko spróchniałe drzwi. Stanęła pomiędzy ościeżnicą.
MUSIC
- Okej... Przesadziłam, tak? Przepraszam, przepraszam. Takie słowa z moich ust to raczej niecodzienny widok. Wiem, że nie bierzesz już długi czas... Naprawdę nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Jest mi cholernie wstyd! Ale musisz też mnie... zrozumieć. Jest mi ciężko. Zbyt ciężko. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - W tym momencie Melanie zauważyła znany jej dobrze gest wyciągania z uszu słuchawek. Cały cudowny monolog poszedł się walić. No cóż, takie życie. Mimo wszystko, przeklęła pod nosem, po czym zwróciła wzrok na przyjaciółkę. Ta w milczeniu, szybkim ruchem podniosła swe ciało z białej, świeżo wykrochmalonej  pościeli, a już po chwili znalazła się w ramionach Apple.
- Kocham cię, i nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić! Wiesz o tym! Nie chciałam źle. Chris też nie. Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Wszyscy się kochamy, i...
- Ja ciebie też, ale daruj sobie tę gadkę, Berry. Aa.. Wracając do tego lekarza, czy leczenia... To chyba byłoby dobre rozwiązanie. - westchnęła, spoglądając na swoje najświeższe blizny. Erin złapała dziewczynę za dłoń, po czym musnęła rany niedaleko łokcia. Obie jak na "start" polały łzy, i w uścisku położyły na łóżku.
- Będę z tobą. Pomogę ci, obiecuję!
- Co powiesz na babski wieczór? Dzwoń do Chrisa... Jego też powinnam przeprosić. Jest mi cholernie wstyd, że tak was oboje potraktowałam.
- Ktoś mnie wołał? - przyjaciółki zobaczyły wyłaniającego z szafy chłopaka, otrząsającego z ramion damską bieliznę. 
- Co ty tu... - usta Erin zostały zamknięte czułym pocałunkeim Chrisa. 
Resztę wieczoru spędzili w miłym nastroju. Leżeli na dachu domu, podziwiali gwiazdy, słuchali smutnych kawałków. Taka noc prawdziwych marzycieli.
- Spadająca gwiazda!
- Szybko, życzenia!
W głowie Melanie zrzeszyły się znów wszystkie obrazy dotychczasowego życia. Widziała święta, miała może ze trzy lata: odpakowywanie szczelnie zapakowanego pudełka, zawiniętego niebieskim papierem i owinięte wstążką stanowiło nie lada problem. Piąte urodziny - to właśnie tam ostatni raz widziała wujka Matta, który kilka dni później zginął w wypadku samochodowym. Patrzyła na objętych Erin i Chrisa. Pragnęła, żeby ich uczucie trwało wiecznie. Aby nigdy, żadne z nich nie doznało takiego nieszczęścia, jakie spotkały ją przez te piętnaście przeżytych lat. Aby żyli zawsze, długo, szczęśliwie, w dostatku pieniędzy i miłości. Aby kochali się bezwarunkowo, i wiecznie... Nie zauważyła nawet, kiedy na jej twarzy znów zagościły słone krople. Znów pomyślała o jednym. Śmierci. 
- Mam nadzieję, że się spełni. - zawołała w stronę przyjaciółki.
- A ja nie... - szepnęła.

______________
Dziękuję Weronice za ten dar weny <3

sobota, 4 sierpnia 2012

Pytanie/Ankieta

Tak więc, nie wiem, czy wprowadzać do tego opowiadania chłopców z 1D . Planowałam Harrego. A wy, chciałybyście?

piątek, 3 sierpnia 2012

Drugi

- Wychodzę z Erin, nie wiem kiedy wrócę. - rzuciła Mel, zatrzaskując za sobą drzwi. Wyszła z klatki schodowej, rozejrzała się wokoło, i widząc przyjaciółkę i jej chłopaka pomachała. Ta podeszła, przytuliła Apple, i ruszyły w stronę ulubionej kawiarni.
- Łłładnie dziś wyglądaszs... - powiedział Chris.
- Racja. - zawtórowała Berry, czyli Erin.
- Co wy tacy mili? - zapytała zdziwiona, wchodząc przez otwarte drzwi ulubionej kawiarni. - Umieram, i chcecie umilić mi resztę życia? - zaśmiała się.
- Melanie...
- Apple. - dziewczyna poprawiła przyjaciółkę.
- Apple... nie będziemy owijać, wiemy co się dzieje. - dokończył chłopak. - Według nas wszystkich, najlepiej będzie, jak pójdziesz do lekarza.
- Czy was już wszystkich posrało? Dobrze się czujecie? Bo ja tak. Nic mi nie jest, jestem normalna, taka - jak zawsze byłam. Ale widzę że z wami coś nie tak, skoro robicie aferę z niczego.
- To nie jest normalne, Ap. Zmieniłaś się. - zaprzeczyła Erin.
- To może od razu wyślijcie mnie do psychiatryka?
- Mel..
- Właściwie, chodźmy tam razem. W końcu to nie ja tu jestem ćpunem. - rzuciła, i wybiegła z lokalu strącając na podłogę kubek z gorącą kawą cappucino. Szła przed siebie, twardo jednak trzymając w sobie masę słonych kropli. Minęła bramę cmentarną, ale jakiś cichy głosik, zwany sumieniem kazał jej zawrócić. Skręciła, a po chwili otaczało ją grono marmurowo-granitowych pomników. Wszystkie grobowce od zawsze wydawały jej się takie same; mimo to drogę do grobu dziadka miała wyrytą w głowie, chyba od wieków. Skręciła w lewo, potem w prawo, i znów... Nie była tam od kilku lat, stwierdziła że dużo się zmieniło.
- Cześć, dziadku. - Apple zaczęła cichy monolog. Wiedziała, że teraz już przed niczym i nikim nie musi ukrywać łez. Zmarli i tak je czują. - Mógłbyś sprawić, żeby wakacje były dłuższe? Żartuję. Ale mógłbyś sprawić, żebym już więcej nie płakała? I żebym częściej do ciepie przychodziła? Nie pamiętałam o tobie, nie tęskniłam... Byłam głupia. Ale teraz już z tobą zostanę. Na dłużej. W sumie, może na zawsze? Co ty na to? Przyjęlibyście mnie tam, na górze? Albo ewentualnie, na dole. - wymusiła uśmiech wycierając twarz z mokrych kropli. - Dziadku, przejdź się ze mną na spacer. Prawie w ogóle cię nie pamiętam, a wpatruję się w twoje zdjęcie i przywołuję we wspomnieniach głuchy dźwięk twojego szeptu i śmiechu. Co mam zrobić? A... A może naprawdę jest ze mną coś nie tak? Zrobiłam coś złego? - Melanie uroniła ostatnią łzę, podniosła się z kolan, i ruszyła na spacer prowadzący w koło cmentarza. - Idziesz ze mną, prawda? Cały czas ze mną jesteś. Wiem to. Zobacz, jakie maleństwo. - dziewczyna wskazała nagrobek dwumiesięcznego niemowlęcia, zmarłego śmiercią tragiczną. - Wszyscy powinniśmy się cieszyć, że dożyliśmy tyle, ile dożyliśmy, dziadku. A ty nie masz na co narzekać. A ja wolałabym tu z tobą zostać, tyle lat cię zaniedbywałam. A teraz, czas na mnie. Mam nadzieję, że pomożesz mi w rozmowie z mamą, i przeprosinach Erin... Będzie ciężko. - Westchnęła, i znów przekroczyła zimne mury cmentarnej bramy. - Tylko tu już czuję się bezpiecznie.

Pierwszy

Po raz pierwszy w życiu dni Melanie leciały tak powoli. Na wszystko wciąż musiała czekać, niecierpliwić. Czuła się obco z otoczeniu rodziny i przyjaciół, co również zdarzało się rzadko. Już nic nie było takie samo. Apple siedziała w swoim pokoju, na niewielkim niebieskim łóżku czytając książkę. Pochłaniała ją melancholia, nie potrafiła się na niczym skupić. Ale zawsze była na to rada. Wyjątkowo robiła to iglą, nie żyletką, żeby nie wzbudzać więcej podejrzeń trzymając narzędzie w pokoju. A coś ostrego zawsze było pod ręką: chociażby mała pinezka z korkowej tablicy wiszącej w pokoju szesnastolatki. Jednak tego dnia nawet od tego coś ją odpierało, nie mówiąc o tym, że dom był pełen ludzi, a w każdej chwili do pokoju mogła wejść mama, tata, czy ktokolwiek inny. Przełamała się. Cicho otworzyła potężną szufladę antycznego mebla, a już po kilku sekundach na jej lewej ręce widniała kolejna, kolejna, i kolejna rysa. Wyrycie zajmuje nieco czasu, jednak można powiedzieć, że Melanie wprawy nabierała z czasem, czyli prościej mówiąc była w TYM dobra. Rzuciła narzędzie za siebie, słysząc kroki znane od dawna. To była mama, a kierowała się do pokoju dziewczyny. Serce zabiło nieco szybciej, Apple pobiegła do łóżka, i chowając się nieruchomo pod kołdrą, udawała że śpi. Carmin tylko lekko się uśmiechnęła, zgasiła światło w pokoju, i zatrzasnęła drzwi. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, po czym wypełzła spod gorącej narzuty. Usiadła na parapecie, i z dźwiękami Metalliki w słuchawkach wpatrywała się w błyskające pioruny, których zawsze tak bardzo się bała. Teraz były jej aż nadto obojętne, mimo gęsiej skórki... wszędzie. Zimny pot spływał po jej czole, a kiedy próbowała otrzeć czoło dłonią, usłyszała za sobą kroki. Do pokoju weszła mama.
- Czemu nie śpisz?
- Bo nie chcę.
- W takim razie porozmawiajmy.
- Chcesz rozmawiać o północy ?
- Każda pora jest dobra...
- Nie owijaj. Zaczynaj, szybciej skończysz. - powiedziała Melanie z wielkim sarkazmem.
- Myślisz, że ja nie widzę? - wskazała rękę dziewczyny zakrytą rękawem bawełnianej piżamy. - Widzę, i to bardzo dobrze. Co ci to daje, pytam. Co? Ulżyło ci? Jest ci lepiej? Nie lepiej przyjść do mamy, i powiedzieć, ze coś jest nie tak? Przecież masz Erin, i tego Chrisa czy jak on tam... Patrz na mnie jak do ciebie mówię!
- Nie wrzeszcz.
- Postanowiliśmy z tatą...
- Z tatą? Ach, zapomniałam jaką mam wspaniałą mamusię. Już napewno całe miasto o tym wie!
- Nie przeginaj! Tylko obiecaj...
- Nie.
- Obiecaj, że...
- Nie!
- Że tego więcej nie zrobisz!
- Nie mogę! Nie umiem, rozumiesz? Muszę to robić, po prostu muszę!
- Samookaleczanie, nigdy nie sądziłam, że spotka to taką osobę jak ty...
- A widzisz, jednak. Nie jestem tak idealna, jak ci się wydawało.
- Ale dlaczego? Bo nie masz tyle pieniędzy co Erin, i nie chodzisz w markowych spodniach i butach?
- Nie ważne.
- Obiecaj mi to.
- Nie będę obiecywać czegoś, czego nie mogę spełnić, mamo. - odparła, wycierając rękawem łzę spływającą po policzku Carmin.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Prolog

- No nie! - krzyknęła Melanie, przeklinając w myślach uciekający autobus. Uderzyła pięścią w zardzewiały rozkład jazdy, po czym poprawiła czarny rękaw bluzki, naciągając do po same palce.
- Za bardzo emocjonalnie do tego podchodzisz. - powiedziała Carmin, matka Melanie, siadając z córką na pustym przystanku. - Przecież przyjedzie następny. A swoją drogą, mogłaś ubrać coś krótszego.
Może i miała rację, jednak dziewczyna miała inne zdanie. Nie miała ochoty odkrywać czegoś więcej niż dłoni i twarzy, nawet latem. Piękne, zielone oczy wiecznie zakrywała ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi. Tak samo było dzisiaj. - Jest trzydzieści stopni, Melanie.
- Nie mów tak do mnie. Wiesz, że nienawidzę tego imienia.
- Przepraszam, Apple.
- Właściwie, dlaczego nie mogłam pojechać do Londynu z Erin? He?
- Chciałam po prostu  spędzić trochę czasu z własną córką. Nie można mi?
Potem już jedynie niezręczną ciszę przerwał warkot nadjeżdżającego autobusu, do którego po chwili wsiadły. Szesnastolatka bez chwili zastanowienia siadła na siedzeniu na samych tyłach, zostawiając matkę z obowiązkiem zakupu biletów. Wsadziła w uszy słuchawki, oparła głowę na szybie, zapominając o bożym świecie. Była zła, musząc targać się po całym Londynie ze swoją rodzicielką. Ona zawsze musiała zajrzeć do każdego sklepu, i podać Apple większość sukienek do przymiarki. Dziewczyna zawsze jednak prychała, odwieszając ubrania na właściwe miejsca. Melanie wolałaby spędzić ten czas z przyjaciółką, w Starbucksie. Połowy zakończyły się na czarnych szortach z H&M'a i szarych trampkach. 
- Myślisz, że ja tego nie widzę? - zaczęła Carmin. - Kto normalny chodzi w bluzce na długi rękaw, w upale prawie trzydzieści pięć stopni Celsjusza? Nie rób ze mnie idiotki! Co ci da takie cięcie? 
Dziewczyna nie odpowiedziała, zakryła jeszcze bardziej blizny na swojej ręce, i odwróciła się w drugą stronę.