- Niech nie robi pani z mojej przyjaciółki jakiejś niepoczytalnej idiotki ! - wrzasnęła Erin.
- Spokojnie.. Porozmawiajmy na spokojnie.
Przepraszam... - załkała - Czyli... nie ma innego rozwiązania, jak szpital psychiatryczny?
- Obawiam się, że tak. - westchnęła Anne. - Ale nie martw się, kochanie. Nie stanie jej się tam żadna krzywda. Będziecie mogli ją odwiedzać.- powiedziała, i przytuliła płaczącą Berry.
- To moja wina...
- To nie jest niczyja wina. Tak po prostu jest na tym świecie.
Po odbyciu rozmowy z psychologiem, udała się do domu. Informując Chrisa wiadomością o jej załamaniu, rzuciła się z płaczem na łóżko. Obwiniała siebie za to wszystko. Upewniając się, że Melanie jest bezpieczna pod okiem Chrisa, urządziła scenę, niby z filmu. Najpierw uderzała pięściami w stos poduszek leżących na kanapie. Potem chwyciła nożyczki, i z ich pomocą rozerwała je na kawałki, po czym wyrzuciła za okno. Zalała się łzami po raz kolejny. Po chwili wbiegła z krzykiem do łazienki, i opierając się dłońmi o biały, ceramiczny zlew - patrzyła w swoje lustrzane odbicie. Spływające po policzkach czarne krople, pozostałości błyszczyka na ustach... Dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę z tego, jak cudowną ma przyjaciółkę. Dopiero teraz, kiedy musi ją opuścić, stracić. Za sobą ujrzała obiekt swoich wspomnień. Szybko się odwróciła. Nikogo tam nie było.
- Mel? - szepnęła.
Zrobiło jej się słabo z tego wszystkiego. Przerosły ją problemy. Nie zdejmując z siebie nic, weszła pod prysznic. Odkręciła kurek. Strumień lodowatej wody płynął po jej plecach; ubrania zaczęły powoli nasiąkać zimną cieczą. Z ust dziewczyny wydobył się głośny krzyk cierpienia. Zakończyła stare życie- rozpoczyna nowe, lepsze. Zasnęła.
*
- Witaj, psychiatryku... - westchnęła Melanie. Właśnie wysiadała z czarnej taksówki, która zawiozła ją na drugi koniec Londynu. Jej oczom ukazał się biały budynek, z tradycyjnymi kratami w oknach.
- Będzie w porządku, zobaczysz. - Wraz z Apple, Berry i Chrisem, przyjechała tu Anne - ta sama, która okazała się być również opiekunką w zakładzie psychiatrycznym. Rodzice Melanie zostali w domu. Według nich, nie znieśliby widoku córki zagłębiającej się w korytarzach takiego miejsca... Smutne, ale prawdziwe.
- Przykro mi, dalej nie możecie wejść, skarby. - Powiedziała kobieta. Wszyscy przyjaciele ostatni raz spojrzeli na siebie, po czym trwali dość długi czas we wspólnym uścisku.
- Dziękuję. - wyszeptała Melanie w obawie, by nie wybuchnąć niekontrolowanym płaczem. Dość wysoki mężczyzna, w wieku około czterdziestu lat, odebrał od Chrisa dwie walizki, po czym ruszył dalej białym korytarzem. Pożegnanie dobiegało końca.
- Żebyś już zawsze o nas pamiętała. - Berry chwyciła dłoń przyjaciółki, do której włożyła naszyjnik z wisiorkiem w kształcie serca. Apple instynktownie spróbowała go otworzyć. W środku znajdowało się stare zdjęcie z ich dzieciństwa. Dziewczyna zacisnęła dłoń, i jeszcze raz spojrzała na oboje przyjaciół zaszklonymi oczami. Zagryzła wargę, odwróciła się, i z pomocą Anne dalej szła białym korytarzem. Kobieta złapała ją za dłoń, a widząc coraz bardziej zaszklone oczy Melanie, objęła ją ramieniem, przybliżyła do siebie, i pocałowała w głowę.
- Będzie w porządku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz